Spotkanie nawiązywało do wystawy „Arpilleras – nici pamięci”, którą można zwiedzać do 16 października 2026 r.





11 września 1973 roku w Chile rozpoczął się okres siedemnastu lat dyktatury, podczas którego zginęły tysiące osób, dziesiątki tysięcy były torturowane i więzione, a setki tysięcy uciekły z kraju i często nigdy do niego nie powróciły. Pierwsze sto dni dyktatury to lawina aresztowań.
– To właściwie nawet nie były aresztowania – mówił Mateusz Mazzini. – Pojawił się taki termin desaparecido, który nie ma polskiego odpowiednika – znaczy „zniknięty”. Ludzie często pytają mnie, czy nie można powiedzieć, że ktoś jest „zaginiony”? A ja mówię nie. Desaparecido nie znaczy, że zaginąłeś, tylko, że ktoś aktywnie doprowadził do twojego zniknięcia i nie pozostawił przy tym śladu – tłumaczył.
Ludzi porywano z ulicy, z domu, sprzed kościoła. Bliscy długo nie wiedzieli, gdzie oni są – dónde están? – było najczęściej pojawiającym się pytaniem. Stało się motywem na wielu arpilleras tworzonych przez chilijskie kobiety.
Dopiero po wielu latach większość rodzin dowiedziała się, co stało się z ich bliskimi.
Przez pierwsze lata dyktatury ludzie żyli w ciągłym strachu. Co ciekawe, Pinochet był tak pewny siebie, że w Konstytucji z 1980 roku zapisał, że za siedem lat zostanie przeprowadzone referendum, w którym zapyta czy ludzie nadal chcą, by rządził. W 1988 roku większość już nie chciała i Pinochet ustąpił z urzędu prezydenta Chile.
– Transformacja chilijska wyglądała pod wieloma względami podobnie do polskiej – porównywał Mateusz Mazzini.
Nowi, demokratycznie wybrani chilijscy liderzy szybko zrozumieli jednak, że żyją w kraju, w którym znaczna część obywateli ciągle popiera poprzedni ustrój, z czego większość z nich służy w armii, policji i zajmuje wysokie stanowiska. Pinochet żył, był głównodowodzącym w chilijskich siłach zbrojnych, potem został dożywotnim senatorem.
Jak zatem żyć obok siebie i iść do przodu?



Trzy wartości: prawda, pojednanie i sprawiedliwość okazały się nie do pogodzenia. Potrzebny był wybór. Zdecydowano, że prawda i pojednanie są ważniejsze. Wszystkim funkcjonariuszom policji, wojska, lotnictwa zaoferowano amnestię za cenę opowiedzenia, co naprawdę się wydarzyło. Uznano, że to był jedyny sposób na to, by przyznali się do popełnionych zbrodni. Dzięki temu, że zaczęli mówić, doszło do pierwszych ekshumacji.
Najważniejsze było to, by dać tysiącom rodzin poczucie zamknięcia tego etapu historii.
– Wielu Chilijczyków mówiło mi, że byli szczęśliwi na pogrzebach bliskich. Cieszyli się, że będą mieli gdzie przyjść w kolejną rocznicę śmierci taty, mamy, brata, siostry… – opowiadał Mateusz Mazzini.
Bardzo szybko zaczęły się jednak pojawiać niepokoje społeczne. Do dzisiaj wielu ludzi uważa, że sprawców zbrodni trzeba było postawić przed sądem.
– To jest coś, co dzieli społeczeństwo chilijskie do dziś. Myślę, że tego nie da się posklejać na poziomie politycznym, ustawodawczym. Po prostu musi upłynąć czas – podsumował.
Choć Chile i Polskę dzielą tysiące kilometrów, ustrój i sposób rozliczeń ze sprawcami represji, dążenie do ustalenia prawdy okazuje się tym, co łączy ludzi. Być może jest to niezbędne do rozpoczęcia nowego rozdziału historii.
Spotkanie towarzyszyło wystawie:

