Tytuł panelu brzmiał: „Historyk »hybrydowy« – o przyszłości i roli historyków w muzeach”. Jego organizatorami było Muzeum Pamięci Sybiru i Muzeum Historii Polski. W spotkaniu uczestniczyło niemałe grono muzealników i historyków, którzy po wysłuchaniu referatów i wystąpień zaproszonych gości prowadzili ożywioną dyskusję na ten temat.
Spotkanie rozpoczęły dwa referat wprowadzające. Joanna Wojdon z Uniwersytetu Wrocławskiego mówiła o pożytkach i kłopotach wynikających z public history – poczynając od stwierdzenia, że już sama definicja tego określenia budzi szereg wątpliwości. Narodziło się ono w latach 70. w USA, kiedy to wchodziło w dorosłe życie powojenne pokolenie baby boomers. „Nadprodukcja” magistrów i doktorów historii spowodowała problemy ze znalezieniem przez nich zatrudnienia w szkołach czy na uczelniach wyższych. Musieli radzić sobie inaczej. Rozwijająca się turystyka i zainteresowanie poszukiwaniem własnych korzeni oraz przygotowania do obchodów 200-lecia USA były czynnikami, które w dużym stopniu pozwoliły zagospodarować tę nadwyżkę akademicką. Absolwenci historii zaczęli być zatrudniani choćby przez instytucje federalne i stanowe przygotowujące uroczystości rocznicowe. Dodatkowo w USA rozwijały się oddolne inicjatywy, których celem były badania związane z dziejami robotników czy uboższych warstw społecznych – w tym celu ludzie sami zatrudniali absolwentów historii.
Na przełomie XX/XXI w. do grona zainteresowanych public history dołączyli historycy. Pionierem w tym zakresie był uniwersytet w Santa Barbara. Okazało się, że dotychczasowy akademicki sposób kształcenia nie przystaje do public history – wykorzystywania historii w przestrzeni publicznej i prywatnej. Tym bardziej, że XXI w. przyczynił się do rozszerzenia tej dziedziny w związku z rozwojem internetu i pojawieniem się humanistyki cyfrowej. Public history to dziś polityka historyczna, muzea, instytucje kultury, pomniki, obchody rocznic, filmy, książki (odgórna public history), ale i oral history, historia rodzinna, regionalne izby pamięci, archiwa społeczne, wikipedia (oddolna public history).


– Istotą public history jest nacisk na publiczność: historia dla ludzi, przez ludzi, o ludziach, z ludźmi. Historyk akademicki nie jest tu autorytetem, ponieważ często nie umie tej historii „sprzedać”. Praca z publicznością, docieranie do publiczności – tego uczelnie nie nauczają. Ktoś, kto z łatwością czyta średniowieczne teksty, niekoniecznie umie dotrzeć z tym do ludzi – tłumaczyła referentka. Public history to coś w rodzaju „historii stosowanej”, w której historyk akademicki zderza się z historykiem – popularyzatorem historii.
Alicja Knast (Galeria Narodowa w Pradze) mówiła o swoich wieloletnich doświadczeniach płynących z pracy m.in. w Muzeum Śląskim i Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Jak wyjaśniła, historyk hybrydowy to taki, który łączy różne sposoby pracy. Historyk zatrudniony w muzeum działa poprzez integrację tradycyjnych i nowych narzędzi i praktyk. Tworzenie wystawy to zawsze są negocjacje między historykiem a architektem. A nawet kiedy oni dojdą już do porozumienia, to później i tak mogą pojawić się różnice między intencjami autorów a rzeczywistym odbiorem treści wystawy przez zwiedzających.
Alicja Knast mówiła też, że chcąc skłonić odbiorcę do poznania ekspozycji, warto jest pokazywać historię za pomocą wizualizacji. Podkreśliła znaczenie przestrzeni, umieszczenia konkretnego eksponatu w konkretnym miejscu, jak i tego, że od początku trzeba myśleć o wystawie w kategoriach wizualnych, chcąc osiągnąć zakładaną skuteczność. I warto korzystać ze zdobyczy, które są na wyciągnięcie ręki.



Kolejnym punktem panelu była dyskusja, którą rozpoczął Wojciech Śleszyński (Muzeum Pamięci Sybiru). Stwierdził, że w nowoczesnych muzeach kadrę można znacznie zredukować. Czy znaczy to więc, że w przyszłości historyk ma tylko kontrolować wystawę? Czy też może po zachłyśnięciu się multimediami w muzeum nastąpi powrót do tradycyjnego modelu? A może rolą historyka w muzeum jest po prostu popularyzacja historii?
Zdaniem Wojciecha Śleszyńskiego sytuacja muzeów jest obecnie niezła, a na pewno lepsza niż instytutów na uczelniach. Dyrektor muzeum ma większe możliwości działania, nie musi myśleć o zdobyciu określonej liczby punktów. Agresja Rosji na Ukrainę uniemożliwiła części historyków pracę, gdyż wiele archiwów jest dla nich niedostępnych. To spowodowało problemy z rozliczeniem grantów, w które zaangażowanych jest wielu badaczy. Tymczasem Muzeum Pamięci Sybiru „przerzuciło” swoje zainteresowania na Kazachstan i Uzbekistan, co świadczy o tym, że muzea mogą szybciej reagować na zmiany, wciąż skupiając się na swojej, może wąskiej, tematyce.
Richard Butterwick (Muzeum Historii Polski) zwrócił uwagę na to, że muzea gromadzą badaczy, którzy często w swojej pracy szukają pomocy poza muzeum. Pracownicy Muzeum Historii Polski pracują też na UW czy w PAN i stamtąd czerpią wiele rzeczy, m.in. autorytet naukowy, niewątpliwy atut w prezentowaniu tematyki, którą zajmuje się muzeum. Równie istotne jest prezentowanie treści w sposób wiarygodny i przystępny. – Muzeum to zawsze wynik współpracy historyków, muzealników, speców od reklamy – tłumaczył prof. Butterwick. On sam pracował na uczelniach w Oksfordzie, Belfaście, Londynie. Tłumaczył studentom, czym była Rzeczpospolita Obojga Narodów pokazując im mapy, obrazy, ryciny, druki itp. Jak twierdzi, muzeum powinno gromadzić eksponaty, korzystać z atutów naukowych i wychodzić z tym do ludzi, unikając zarówno gloryfikacji historii, jak i samobiczowania się. Wiarygodność plus przystępność – taki musi być historyk, który nie chce być zamknięty w archiwum.
Jan Ołdakowski (Muzeum Powstania Warszawskiego) zwrócił uwagę na to, że muzeum narracyjne (a takie ostatnio powstają) nie zawsze jest lubiane przez historyków akademickich. Tego typu placówki stawiają na emocje, na komunikację z widzem, rezygnując z naukowości. W tym celu stosują różne środki inscenizacyjne, używają np. sztuki, przekraczają granice (świadomie) – w ten sposób opowiadając o trudnych doświadczeniach. Do niedawna muzea narracyjne kojarzone były głównie z emocjami i multimediami, ale tak naprawdę spór o definicję muzeum narracyjnego nie został zakończony.




Muzea narracyjne muszą się zmieniać, gdyż zmienia się język sztuki masowej i muzeum musi za tym podążać. Pokazywane w nich spisy nazwisk czy kolekcje prywatnych zdjęć budują relację z widzem, utożsamienie się zwiedzającego z muzeum, nawet jeśli on sam nie ma bliskich wśród ludzi, na których patrzy.
– Pamięć zbiorowa często jest niezgodna z prawdą. Po Wołyniu wszyscy zbrodniarze byli kojarzeni z Ukraińcami. I tu historyk ma ogromną rolę do odegrania: musi trzymać rygor, tłumaczyć przeszłość i interpretować ją, przedstawiać stan badań i korygować przekaz rodzinny tam, gdzie odbiega on od prawdy. To właśnie jest historyk hybrydowy: tłumacz i interpretator. To, co buduje więź z uczestnikami, musi być prawdziwe – tłumaczył Ołdakowski.
Końcowe wnioski uczestników spotkania były optymistyczne dla historyków: wszyscy zgodzili się, że historyk w muzeum jest potrzebny, ale taki, który będzie podążał za zwiedzającymi i ich potrzebami, będzie łączył wiedzę i autorytet z jasnością przekazu. Mimo iż, jak to ujął prowadzący spotkanie Tomasz Danilecki (Muzeum Pamięci Sybiru), w czasach daleko posuniętej demokratyzacji dostępu do wiedzy historycznej w zasadzie każdy może być historykiem (tym bardziej, że świadkowie historii i tak wiedzą swoje, a prawdy historyka ludzie często nie chcą słuchać) – to jednak ludzie do muzeów wciąż chodzą, szukają tej mniej lub bardziej bliskiej przeszłości, szukają prawdy. Nie pogubić się w tym wszystkim może im pomóc właśnie historyk.
