„W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci” to opowieść o 733 dzieciach, które po przymusowej deportacji z okupowanej Polski w głąb ZSRR straciły najbliższych, a następnie znalazły dom w Nowej Zelandii.
Do Pahiatua dotarły przez Uzbekistan i Iran. Z sierocińców w Isfahanie, które były jedynie krótkim przystankiem w drodze, zabrały skromny dobytek i wpajaną im miłość do polskiej kultury. W Zatoce Perskiej wsiadły na okręt amerykańskiej armii. Na pokładzie czytały „Faraona”, grały w karty i bawiły się z marynarzami. Pobyt w Pahiatua stał się dla nich szansą na odzyskanie utraconego dzieciństwa.
O historii dzieci z Nowej Zelandii autorka dowiedziała się w trakcie zbierania materiałów do artykułu. Podczas rozmowy z archiwistką z Instytutu Pileckiego usłyszała, że gdy dzieci dotarły do obozu, pod każdą poduszką czekał na nie cukierek.



– To był haczyk, który mnie wciągnął! Moja opowieść o dzieciach z Pahiatua właściwie zaczęła się od końca, czyli od momentu przybycia do Nowej Zelandii. Ale wyobrażałam sobie, że to wszystko można zrekonstruować, że można dotrzeć do bohaterów i razem z nimi podążyć tą drogą z Polski do ZSRR, bo przecież musiały być jakieś pozostałości, jakieś wspomnienia, które można poskładać w całość – mówiła podczas spotkania w Muzeum Pamięci Sybiru Martyna M. Wojtkowska.
Czas, w którym autorka zaczęła zbierać materiały do książki, okazał się jednak wyjątkowo trudny.
– To był luty 2022 roku, kiedy wciąż w polskich mediach mówiono o ofiarach pandemii, a Rosja zaatakowała Ukrainę. Plan odtworzenia podróży śladami dzieci był więc wtedy niemożliwy do zrealizowania. Co więcej, Nowa Zelandia wciąż była zamknięta w związku z pandemią, więc było jasne, że nie można się tam wybrać, a tylko nieliczne osoby wróciły do Polski. Na szczęście znalazłam kontakty do dwóch bohaterek – wspominała Martyna.
Jedną z nich była pani Aleksandra.
– Spędziłyśmy w Bielsku-Białej dwa dni i pani Aleksandra odtworzyła tę historię w taki sposób, że właściwie już na podstawie tylko tej jednej opowieści można by napisać książkę. Opowiedziała mi o tym, jak było w jej rodzinnej miejscowości, co ją spotkało w Kazachstanie. Wspominała też o sukience, która towarzyszyła jej przez całą drogę. Jej pamięć była niesamowita, jeśli chodzi o te wydarzenia. Jednak miałam też silne poczucie, że na tę książkę powinno się składać wiele głosów, wiele doświadczeń. Byłam ciekawa, jak inni pamiętają ten czas, więc gdy tylko Nowa Zelandia otworzyła granice – w czerwcu 2022 roku – wybrałam się w podróż na drugi koniec świata i spędziłam tam półtora miesiąca.



Na potrzeby książki „W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci” autorka spędziła wiele godzin w archiwach i przeprowadziła liczne rozmowy.
– Bohaterowie książki zaskakiwali mnie na różne sposoby. W tym, jak opowiadali i w jakich momentach pojawiały się w tych opowieściach silne emocje. Podobnie byłam pod wrażeniem materiałów zgromadzonych w nowozelandzkich archiwach, które były wyjątkowo szczegółowe i pozwoliły mi poznać tę historię jeszcze dogłębniej – mówiła Martyna.
Historia 733 polskich dzieci, które – mimo syberyjskiego wygnania – odnalazły nadzieję i spokój na końcu świata, to nie tylko fragment wojennej przeszłości. To także opowieść o sile pamięci, o przetrwaniu i o tym, że koniec świata może czasem okazać się najlepszym, co nas spotyka.


