Paulina Cylka: Jesteś pomysłodawczynią instalacji „RzeczyViste”, w jej przygotowaniu pomagał Ci Paweł Kalisz z Działu Wystawy Stałej. Co chcieliście osiągnąć, projektując instalację „RzeczyViste”?
Karolina Mosiej-Zambrano: Chcieliśmy opowiedzieć w sposób poruszający i pobudzający empatię o tym, co pokazujemy na co dzień w Muzeum. Inaczej przyswaja się historię, gdy jest ona zamknięta w jakiejś przestrzeni, za szkłem. „RzeczyViste” odpowiadają na ludzką potrzebę kontaktu – tu nie ma bariery między człowiekiem i przedmiotem. On jest tuż pod naszymi stopami, wręcz potykamy się o historię, którą niesie.
Główny zamysł stojący za „RzeczyVistymi” był taki, żeby ta instalacja zaskakiwała. W momencie, kiedy idziemy do muzeum, kierujemy się wewnętrzną potrzebą, ciekawością – chcemy się czegoś więcej dowiedzieć, więc idziemy na wystawę. A dzięki RzeczyVistym historia sama do ludzi przychodzi, potykają się o nią. Trochę to jest przez nas narzucone, ale z drugiej strony dotyka to pewnych strun, to zmusza ludzi do zatrzymania się, zerknięcia, nawet dotknięcia – i w konsekwencji do zrozumienia, o czym jest ta instalacja.


„RzeczyViste” pojawiają się najczęściej w takich przestrzeniach, które lokalne społeczności dobrze znają. Pojawienie się instalacji wytrąca ludzi z codziennej rutyny.
Projektując instalację, założyliśmy, że będziemy ją rozstawiać wcześnie rano. W przestrzeniach publicznych, które wybieramy, ludzie pojawiają się z rana – idą do pracy, do szkoły. W momencie, kiedy miasto budzi się do życia, budzą się i te przestrzenie. Zamysł był taki, by „RzeczyViste” rozstawiać, gdy miasto dopiero się budzi i dzięki temu dodawać element zaskoczenia. To powoduje u odbiorców pewien dysonans – znają to miejsce, przechodzą tędy codziennie i raptem coś ich wyprowadza z równowagi. To nawiązanie do wydarzeń z lat 1940-41. Z rana w kresowych miastach i wsiach ludzie się budzili i znajdowali dowody, że coś się w nocy wydarzyło, nagle czegoś i kogoś brakowało. Mieszkańcy byli tym zaskoczeni, to było dla nich traumatyczne.
Chodzi o tych, którzy nie zostali wywiezieni, ale zorientowali się, że zniknęli ich sąsiedzi?
Tak, w tym czasie, rano, osoby, które zostały deportowane, już były zamknięte w wagonach albo już jechały w nieznane. Ale ktoś został. My cały czas mówimy o pamięci – a to jest właśnie ten moment, gdy pamięć się rodzi. Ci, którzy zostali, zaczęli budować pamięć o tym, co się tu wydarzyło.
To nie jest tak, że chciałam straumatyzować współczesnych tą instalacją, ale zależało mi, by przybliżyć im ten moment i chociaż trochę dać poczuć to zaskoczenie, jakiego doświadczyli mieszkańcy miejscowości dotkniętych sowieckimi deportacjami.
Jak ludzie reagują na „RzeczyViste”?
Przede wszystkim osoby, które podchodzą – zwłaszcza, gdy przestrzeń jest bardzo otwarta, widoczna z daleka – myślą, że ktoś rozrzucił śmieci. Pojawia się nawet oburzenie: co tu się dzieje, niech to ktoś sprzątnie! Ale w momencie, gdy się przybliżają do tego „śmiecia” – to jest i fascynujące, i poruszające – widzą tabliczkę. To zwykła, biała lub czarna tabliczka. Jest na niej tylko imię. I nagle to przestaje być śmieć, to czyjaś własność. Ten przedmiot jest czymś znanym z życia – są tu garnek, okulary, zabawka – ale związany jest z jakąś konkretną osobą. I to jest moment, w którym zainteresowani zaczynają odkrywać dla siebie tę instalację, wchodzą w bardziej emocjonalny etap, związany ze zrozumieniem historii, jaka się za nią kryje.


Oczywiście, inaczej zareaguje matka, która widzi tabliczkę z przedmiotem należącym do dziecka, inaczej starszy pan, który widzi laskę z imieniem starszej pani. Nam zależało na tym, by skrócić dystans, pozwolić tym osobom samodzielnie, we własnych granicach, przybliżyć się do poszczególnych elementów i wejść w tę historię.
To jest świadomy wybór, że instalacja nie jest uzupełniona pogadanką czy długimi opisami. Oczywiście, są informacje, że osoby powiązane z tymi przedmiotami były deportowane, a na środku instalacji jest kubik z krótką wzmianką merytoryczną. To, że jest na środku, sprawia, że wszystkie osoby, które oglądają instalację, na koniec spotykają się przy nim.
Rozumiem, że kolejnym etapem poznawania tej instalacji może być rozmowa z pracownikiem Muzeum Pamięci Sybiru, który jest zawsze na miejscu i może odpowiedzieć na pytania?
Tak, są pracownicy, zawsze mamy ze sobą ulotki – ale świadomie ustawiamy się na uboczu instalacji.
Chodzi o to, by dać odbiorcom wybór? Jedni będą chcieli przemyśleć sobie to doświadczenie, inni będą potrzebowali porozmawiać…
Tak, u wielu uruchamia to dzielenie się własnymi emocjami albo historiami. Każdy inaczej reaguje i moim zamysłem było danie wolności w odbiorze tej instalacji. Chodzi o to, by każdy we własnym tempie i zgodnie z własnymi potrzebami zadecydował, jak daleko chce wejść w tę instalację.
Według jakiego klucza dobierałaś przedmioty do „RzeczyVistych”?
Pracując przy tworzeniu wystawy stałej, poznałam dobrze nasze eksponaty. Przedmioty do instalacji wybierałam, wzorując się na tym, co mamy w zbiorach Muzeum Pamięci Sybiru.



Można powiedzieć, że to są repliki tego, co mamy na wystawie i w magazynach?
Część rzeczy udało nam się znaleźć bardzo podobnych – to nie są eksponaty, ale przedmioty bardzo je przypominające. Inne naśladują te, które znamy z relacji albo występują na archiwalnych zdjęciach. Dobierając elementy instalacji, zawsze dbaliśmy o merytoryczne uzasadnienie naszych wyborów.
Tabliczki, które towarzyszą przedmiotom, odnoszą się do konkretnych osób?
Niektóre postaci są konstruktem, bo to bardzo trudne, by w muzeum mieć taką sytuację, że jest czyjaś relacja i mamy też należące do tej osoby przedmioty. W kilku przypadkach nam się udało – np. wiemy, że Krysia, lat n, zabrała ze sobą lalkę, ale to pojedyncze przypadki. W innych mamy realne dane osobowe, ale przedmiot jest dopasowany na podstawie płci, wieku itd.



Instalacja już od kilku lat „pracuje”, wiesz już, jak ludzie na nią reagują. Czy coś byś w niej zmieniła?
Nie, ta instalacja jest zgodna z ideą, na której nam zależało. Jedyna rzecz, która była planowana od samego początku, a która tę instalację w pewien sposób zmienia, to dodawanie coraz większej liczby elementów. Oczywiście, liczba użytych w danym miejscu przedmiotów zależy od wielkości przestrzeni, jaką mamy do dyspozycji, czy od pogody. Jeśli pada deszcz, nie wyłożymy tekstyliów czy przedmiotów z papieru.
Obecnie mamy około 80-100 przedmiotów, przy czym nie wszystkie są eksponowane, bo – jak mówiłam – zależy to od przestrzeni, pogody itd.
RzeczyViste były pokazywane na placach w Poznaniu czy Lublinie. Czy wielkość przestrzeni, na której eksponujemy instalację, ma znaczenie?
Tak, to wpływa na wszystkie etapy odbioru, począwszy od pierwszego kontaktu wzrokowego z przedmiotami. Jeśli plac jest wielki, przedmioty na nim nikną, jeśli jest za mały, trudno się między nimi poruszać.

Wydaje mi się, że instalacja „RzeczyViste” to intrygująca propozycja. Zamiast wciągać ludzi do zamkniętego wnętrza muzeum, wychodzimy do publiczności z opowieścią. Z drugiej strony nie proponujemy ekranów dotykowych, ale coś, co się bardzo kojarzy z muzeum: przedmioty.
Myślę, że wyróżnikiem naszej instalacji jest to, że jest bardzo prosta, dostępna. Nieważne, kim jesteś, ile masz lat, jakie masz wykształcenie, z jakiej pochodzisz kultury – masz wszystkie niezbędne narzędzia, by samodzielnie odbyć z nią pewną podróż.
Jesteś między innymi specjalistką ds. dostępności. Czy przygotowując „RzeczyViste”, miałaś na uwadze osoby o szczególnych potrzebach?
Tak! Jestem świadoma, że instalacja ma pewne ograniczenia, jeśli chodzi o dostępność, ale mam pomysł, jak można to zmienić. Wymaga to jeszcze dużo pracy i nakładów.
Nie zawsze jestem obecna przy rozkładaniu instalacji, ale spisałam kolegom i koleżankom wymogi montażu. Na przykład odległość, jaką należy zachować między przedmiotami. Bardzo istotne jest też, aby przedmioty, które widzi się jako pierwsze, były duże, a te małe, typu pierścionek lub okulary, były jak najbliżej kubiku. Osoby, które mają problemy ze wzrokiem, mogą się dzięki temu przyzwyczaić do coraz mniejszych obiektów. Ten układ jest przemyślany, nieprzypadkowy. Dobór bieli i czerni na tabliczkach też jest przemyślany. Po pierwsze mają one swoją symbolikę – czarna tabliczka odnosi się do osoby, która zmarła na zesłaniu – ale też nie chcieliśmy używać wielu kolorów, by nie było dla odbiorców zbyt wielu bodźców.
Przedmioty można dotykać – zostawiamy tu wybór. Jeśli ktoś przykucnie i dotknie przedmiotu, nikt nie będzie biegł z okrzykiem „Proszę nie dotykać!”. To ważne zwłaszcza dla osób z dysfunkcją wzroku. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się też przygotować audioprzewodnik z audiodeskrypcją.
Rozmawiała Paulina Cylka
