Oficjalne uroczystości rozpoczęły się o godz. 12:00 pod Pomnikiem-Grobem Nieznanego Sybiraka przy kościele pw. Ducha Świętego. W wydarzeniu wzięli udział m.in. Rafał Rudnicki i Tomasz Klim – zastępcy prezydenta Białegostoku, Paweł Krutul – wicewojewoda podlaski, Katarzyna Jamróz – przewodnicząca Rady Miasta Białegostoku, Edyta Mozyrska – dyrektor Departamentu Kultury, Promocji i Sportu Urzędu Miejskiego w Białymstoku, prof. Wojciech Śleszyński, dyrektor Muzeum Pamięci Sybiru, a także Sybiracy na czele z Jolantą Hryniewicką, prezes białostockiego Związku Sybiraków.
Następnie wszyscy udali się pod pomnik upamiętniający ofiary sowieckich deportacji przy ul. Traugutta, potem spotkali się przy Pomniku Upamiętniającym Bohaterskie Matki Sybiraczki, na placu przed Muzeum Pamięci Sybiru, by złożyć wieńce i znicze w hołdzie tysiącom rodzin dotkniętych tragedią zesłania.










Tylko w latach 1940–1941, podczas czterech wielkich deportacji, w głąb Związku Sowieckiego wywieziono kilkaset tysięcy obywateli Polski. Wielu z nich – zwłaszcza dzieci i osoby starsze – nie przetrwało trudów zesłania. Ci, którzy ocaleli, po latach wracali do Ojczyzny lub rozproszyli się po świecie, niosąc ze sobą pamięć o tamtych wydarzeniach.
O godzinie 17.00 na torach kolejowych przed Muzeum Pamięci Sybiru zapłonęło symboliczne Światło Pamięci, które było zwieńczeniem uroczystości upamiętniających 86. rocznicę pierwszej z czterech masowych deportacji obywateli Polski w głąb Związku Sowieckiego.







Podczas uroczystości odczytano fragmenty relacji deportowanych, przypominające o dramatycznych wywózkach i walce o przetrwanie. W ten sposób wspólnie oddaliśmy hołd ofiarom sowieckich represji oraz wszystkim, których los naznaczony został syberyjską tułaczką.
„Jak już kazali nam się ubrać, cokolwiek do ręki wziąć ze sobą, to został podstawiony samochód ciężarowy do Dworca Fabrycznego. Stały tam przygotowane wagony, a w nich prycze po obu stronach, pośrodku dziura i nic więcej. Jakiś taki piecyk – „koza” – ale z niego nikt nie korzystał, bo nam nie dawano żadnego opału. I do tych wagonów naupychali około pięćdziesięciu-sześćdziesięciu osób – jak śledzie, jeden przy drugim. To też miało swoją dobrą stronę – dlatego, że w ten sposób było ciepło, bo te wagony były nieszczelne, a mróz, zimno, wiatr… Jak się to towarzystwo do siebie skupiało, to między sobą grzaliśmy się. Można było przetrwać” – fragment relacji Mieczysława Pluty deportowanego 10 lutego 1940 r. do Kazachstanu.
