List Olgi Klein, deportowanej w kwietniu 1940 roku do Kazachstanu

Historia listu wysłanego w dniu 26 kwietnia 1940 roku przez Olgę Klein do niani Marii Kiełkiewicz zamieszkałej w Białymstoku:

Mama Barbary Olga Klein wyrzuciła ten list  przez kratę pociągu towarowego w drodze na zesłanie do Kazachstanu w okolicy Pietropawłowska, czyli ponad 3 tysiące km od Białegostoku, skąd deportowano rodzinę Kleinów. Ktoś życzliwy znalazł ten list, włożył do koperty, nakleił znaczek i w 1940 roku dotarł do adresata w Białymstoku Maryni niani Pani Barbary. 

W jednym z nagrań zrealizowanych na potrzeby archiwum Muzeum Pamięci Sybiru Pani Barbara Klein-Szymańska opisuje tę historię następująco:

Barbara Klein-Szymańska: „Na takiej dziwnej kartce, widocznie ktoś wyrwał, pożyczył, bo przecież nikt nie wziął ze sobą papeterii. (...) W każdym razie nic nie wiedzieli. Ona ten list jakoś dziwnie zapakowany wyrzuciła przez okienko, małe to okienko w wagonie towarowym. I ktoś podniósł, ktoś wysłał, ktoś nalepił znaczek. I ten list doszedł do tej Maryni. (...) Potem, z następnego listu do Maryni ona jeszcze pisze i pyta – Kilka tych listów wyrzuciła, więc jeden doszedł – Gdzie są moje listy, czy Marynia dostała, chociaż jeden z tych wysłanych w czasie podróży listów? (...) Kilka listów wysłałam, może chociaż jeden doszedł... – no doszedł ten jeden”. 

Treść listu

26/4-40r.

Kochana Maryniu!                                                                                                                                                

Już 14 dzień jesteśmy w podróży.  Dojeżdżamy do Omska i jeszcze nie wiemy, gdzie nas wysadzą. Możliwe, że dopiero w Irkucku. Maryniu droga, chwilami dzika rozpacz mnie ogarnia. Zdaje mi się, że jest co ciężki sen, koszmar. Patrząc na wujostwo podziwiam jak oni to wszystko wytrzymują. Moja kochana, biedna Basiuchna nadspodziewanie dobra i cierpliwa, je chleb razowy ze słoniną, nieraz dadzą  jakiej zupki (jak pomyje) chleba tylko nie żałują… Największa uciecha jak dadzą gorącej wody. Dobrze, że mamy swój cukier. Jedyna nadzieja, że może kiedyś  doczekamy się powrotu i jaśniejszych dni. Proszę tylko Boga, aby zdrowie dał i życie, aby doczekać czegoś lepszego,  Maryniu po co uciekłaś, przez to Sochorowa  wzięła pod swoją opiekę i odpowiedzialność całe mieszkanie.  Maryniu ja do Sochorowej pisałam o ten Dyplom p. Edzia co schowałam w piwnicy , Maryni też pisałam, miał zanieść jeden żydek, czy Marynia otrzymała? Położyłam taką szara kopertę na ziemi     w piwnicy, tam pod półkami gdzie pomidory stoją. Człowiek był nie przygotowany, nie wiedział co robić, co zabierać, i a dodatek śmierć tej biednej cioci Koci. Maryniu  dużo rzeczy oni nie zapisali , mogłybyście z Sochorowom dużo pozabierać i pochować. Na przykład  całą szafę  p. Edzia. Tak bym chciała , chociaż dwa garnitury żeby ocalały i koszule, mogłybyście popakować do mojego kufra jak byłyście mądre, to zresztą wolno było, bo tu dziś pani opowiada, że tak poleciły zrobić tym kto pozostał z sąsiadów. Grunt to te świadectwa Edzia.  Sochorowa może dużo zrobić na naszą korzyść. Mówią, że jutro wyładują nas tylko nie wiem w jakim mieście. Maryniu droga płakałabym stale, za co ta dziecina tak cierpi? Jak będziemy na miejscu to napiszę adres. Proszę napisać zaraz o wszystkim.  Ciekawa jestem czy moja bratowa tez wyjechała i pani Maryla a Skrzędziejewska? Boże drogi co to się dzieje na świecie? Jedyna nadzieja na przyszłość, no i to, że nie my jedni, a tysiące. Czy Marynia zabrała swój kufer? Tak żałuję, że nie zabrałam swój worek z brudną Basi bielizną, mogłam w niego wiele jeszcze rzeczy nakłaść, ale człowiek głowę stracił. Tyle potrzebnych rzeczy zostawiłam. Basia stale wspomina ciocię Kicie, Marynie czyżyka, kotka, tęskni biedaczka za domem i wygodami, mleka wcale nie widzi, ani masła, dobrze, że trochę cukru mamy, tej słoniny i 2 szynki, jedna tam została i tyle mąki, konfitur, soki, niech Marynia chociaż korzysta, da trochę  Sochorowej. Kończę całuję Marynie mocno, mocno i Basia też, Ola. Wszystko by było dobrze ale na to dziecko to pani często zła, albo panienka najcierpliwsza, a panie myślą, że to Białystok. Nie ma cioci Koci, Maryni to ja będę musiała wszystko znosić.

Niech Marynia modli się za nas.

Poniżej prezentujemy skany oryginalnego listu napisanego przez Olgę Klein.

              

Barbara Klein-Szymańska: [Na zdjęciu] to moi dziadkowie, Kleinowie. Przez wiele lat mieszkali w Supraślu, przyjechali z Łodzi, na początku lat dwudziestych. Dziadek był plenipotentem Bucholtza (...) Można powiedzieć, że razem robili przemysł włókienniczy w Białymstoku. W 1935 roku dziadek przestał pracować, to już byli z babcią starsi ludzie (...) Przenieśli się do Białegostoku, dziadek wynajął duży dom na ulicy Poleskiej 42. To był dom niemal luksusowy, z dużym ogrodem (...) I tam mieszkaliśmy, moi rodzice mieszkali razem z dziadkami (...) Tam się wychowywałam przez prawie cztery lata (...)

fot. Archiwum MPS

Do góry