Opowieść Adama Chwalińskiego, deportowanego w lutym 1940 roku do Archangielska

„Od maja 1940 r. rozpoczęła się na dobre moja praca w tajdze. Byliśmy słabo ubrani. Rozmokła ziemia powodowała szybkie przemakanie obuwia. Na szczęście stale paliło się ognisko, gdyż wszystkie gałęzie należało zbierać w stosy i spalić. Można było podejść do ogniska i trochę się ogrzać lub wysuszyć. Po przywiezieniu nas do bazy, patrzyłem ze zdziwieniem na walonki, które były bez kaloszy, a także na kufajki i spodnie watowane, które nosili Rosjanie. Była to jednak na tamtejsze warunki ciepła i lekka odzież o kupnie, której przez Polaków można było tylko marzyć. Walonki wykonane z mocno tłoczonej sierści wielbłądziej były lekkie i bardzo ciepłe. Przy niskiej temperaturze w zimie śnieg był suchy i walonki nie przemakały. Podobnie ciepłe były lekkie watowane spodnie i kufajki. Polacy szli do pracy we własnym obuwiu i odzieży. Często przy mrozie dochodzącym do – 40 stopni, odmrażali sobie nogi. W innych bazach zdarzało się, że obcinano po odmrożeniu nogi, gdyż źle leczone szybko wdawała się gangrena.”    

Pan Adam Chwaliński urodził się w 1928 roku na Polesiu w rodzinie cywilnych kolonistów. 10 lutego 1940 roku deportowano Pana Chwalińskiego wraz z rodziną do Archangielska.

fot. www.opole.gosc.pl

Do góry