Wysiedlenie – pierwszy akt dramatu

O wywózkach obywateli II Rzeczypospolitej w głąb Związku Sowieckiego w latach 1939–1941 napisano już wiele naukowych rozpraw, artykułów publicystycznych, ukazały się tomy wspomnień represjonowanych. Toczą się spory o rozmiary tragedii, która dotknęła głównie ludność polską mieszkającą na terenie województw wschodnich. Na mocy instrukcji wydawanych przez organy władzy sowieckiej przesiedleniom podlegały grupy społeczne uznane z definicji za wrogie „państwu robotników i chłopów” – ziemianie, przemysłowcy, urzędnicy państwowi, policjanci, żandarmi, osadnicy, pracownicy służby leśnej, bogaci chłopi. Wina deportowanych wynikała z miejsca zajmowanego w hierarchii społecznej, wykonywanego wcześniej zawodu, a w przypadku dzieci – urodzenia w rodzinie kwalifikowanej do niepożądanej w państwie sowieckim kategorii.

           Pierwszą decyzję o deportacjach sowiecka Rada Komisarzy Ludowych podjęła 5 grudnia 1939 roku. Dotyczyła ona osadników wraz z rodzinami z byłych województw wschodnich II Rzeczypospolitej. Dwa tygodnie później szef NKWD Ławrentij Beria wydał dyrektywę w formie instrukcji podległym sobie strukturom nakazując ewidencję osadników i posiadanego przez nich mienia, opracowanie szczegółowych planów wysiedlenia i przygotowanie zespołów operacyjnych. Instrukcja ta zawierała zalecany scenariusz realizacji zadania. Dotyczyła losów około 100 tys. ludzi przebywających na terenie zachodnich obwodów włączonych jesienią 1939 roku do Białoruskiej i Ukraińskiej Republiki. Deportacji podlegali także ci osadnicy, którzy otrzymaną ziemie sprzedali miejscowym chłopom i od wielu lat mieszkali w miastach. Podstawę do deportacji stanowił bowiem fakt otrzymania ziemi z nadania rządu polskiego. Na początku stycznia 1940 roku wysiedlenie osadników postanowiono połączyć z wysiedleniem pracowników służby leśnej – leśników, gajowych i inspektorów.

           Operację wysiedlenia przygotowywano przez sześć tygodni. Zaangażowano do jej przeprowadzenia prawie 30 tys. funkcjonariuszy – czekistów, żołnierzy i milicjantów. Do realizacji przystąpiono 10 lutego 1940 roku. Tego dnia ponad 140 tys. ludzi w zamkniętych transportach wysłano na Wschód. Kolejne trzy operacje zrealizowano według podobnego scenariusza w kwietniu i czerwcu 1940 roku oraz w czerwcu 1941 roku.

           Tysiące osób nigdy nie wróciło z zesłania. Niektórzy, pomimo upływu czasu, z różnych przyczyn zostali na Syberii lub w Kazachstanie. Dotarł do nich rosyjski badacz problemu deportacji stalinowskich Paweł Stolarow-Korol. Zebrał relacje, które opublikował w 2007 roku*. Przedstawiają one niezwykle realistyczny obraz wydarzeń, dramat ofiar i oblicze bezpośrednich wykonawców decyzji sowieckiego kierownictwa.

           Realizacja operacji wysiedlenia nie zawsze spełniała wymogi zawarte w instrukcji Berii, w dużej mierze wynikała z nastawienia członków grupy operacyjnej do deportowanych. Najmniejsza grupa składała się z funkcjonariusza NKWD, miejscowego milicjanta i przedstawiciela lokalnych władz administracyjnych. Większość respondentów Stolarowa stwierdziło, że grupy operacyjne przeprowadzające wysiedlenie zjawiały się o świcie, gdy mieszkańcy jeszcze spali. Komunikat o natychmiastowym wysiedleniu był obezwładniający dla obudzonych ze snu ludzi.     

Zgodnie z instrukcją, pierwszą czynnością członków grupy była rewizja, oficjalnie przeprowadzana w poszukiwaniu broni. Jej wykonanie było różne. W niektórych domach funkcjonariusze NKWD szukając militariów dokonywali aktów wandalizmu, w innych zaledwie ograniczali się do otwarcia i zamknięcia drzwi w szafach. W kilku przypadkach wspomniano o rabunku wartościowych przedmiotów.

           Po przeprowadzonej rewizji wyznaczano wysiedlanym czas na spakowanie rzeczy. Zgodnie z instrukcją Berii wysiedlani mogli zabrać ze sobą odzież, bieliznę, obuwie, pościel, nakrycia stołowe, naczynia kuchenne, wiadra, miesięczny zapas żywności, niewielkich rozmiarów narzędzia gospodarcze lub rzemieślnicze, pieniądze oraz wszelkie wartościowe przedmioty. Łączna masa żywności i przedmiotów, które mogła zabrać rodzina, nie mogła przekroczyć 500 kg. Instrukcja przewidywała dwie godziny czasu na zebranie i spakowanie tych rzeczy, lecz w praktyce niektórzy czekiści dali ofiarom więcej czasu, z kolei inni 30 min., zaś w skrajnych przypadkach jedynie 10 min.

           Zachowanie członków grup operacyjnych podczas wysiedlania często przesądzało o późniejszych losach poszczególnych rodzin. Ci, którzy pozwalali lub nawet namawiali do zabierania większej ilości ciepłych ubrań i zapasów żywności – tak twierdzili deportowani – świadomie lub nieświadomie ratowali ludziom życie. Wśród funkcjonariuszy będących członkami grup operacyjnych wielu było takich, którzy utrudniali przygotowanie i spakowanie żywności lub dobytku. Pozwalali brać jedynie niewielkie tobołki – to, co rodzina była w stanie przenieść w rękach.

           Jedna z kobiet wspominała, jak funkcjonariusz NKWD pomagał umieścić na saniach maszynę do szycia, która później na zesłaniu stanowiła warsztat dający środki na utrzymanie rodziny. Inna zaś opowiadała, jak oficer zrzucił z sań załadowaną już tam maszynę. Ich zachowanie skrajnie się różniło, chociaż obaj otrzymali takie same instrukcje. Gdy ten drugi odszedł, jego podwładni, przekupieni drobnymi podarunkami przez sąsiadów deportowanych, pozwolili maszynę ukryć na saniach.

           Porównując relacje deportowanych z czterech wywózek, największą bezwzględnością wykazywali się funkcjonariusze sowieccy podczas przeprowadzania pierwszej z nich. Okolicznością pogarszającą sytuację ofiar była pora roku. Ludzie wygnani z domów podczas siarczystych mrozów byli całkowicie zaskoczeni sytuacją, w której się znaleźli. Po latach wielu mówiło, że strach i rozpacz odbierały zdolność do rozsądnego myślenia, w wyniku czego brali ze sobą niekoniecznie to, co było najbardziej potrzebne.

           Jako nieco łagodniej realizowana została zapamiętana przez deportowanych druga operacja wysiedlania – z kwietnia 1940 roku. Obejmowała ona rodziny oficerów, funkcjonariuszy i urzędników państwa polskiego oraz posiadaczy ziemskich przetrzymywanych w obozach jenieckich lub innych miejscach odosobnienia. Odnotowano, że podczas tej akcji mniej było przejawów bezwzględności ze strony funkcjonariuszy NKWD. Pozwalali oni wówczas zabierać ze sobą znacznie więcej tobołków i skrzyń z żywnością, ubraniami, pościelą, drobnym sprzętem gospodarstwa domowego. Dawali także więcej czasu na spakowanie mienia. Deportowani w kwietniu 1940 roku należeli do kategorii tzw. przesiedlonych w trybie administracyjnym. W miejscu zsyłki mieli jedynie nakaz zamieszkania w określonej miejscowości, nie podlegali zaś bezpośredniemu nadzorowi organów bezpieczeństwa.

           Najczęściej deportowani zabierali wszelkie przedmioty najbardziej wartościowe, które znajdowały się w ich posiadaniu – zegarki, wyroby ze złota lub srebra. Wynikało to z przeświadczenia o możliwości ich wymiany na żywność lub kupienia życzliwości funkcjonariuszy sowieckich decydujących o losach zesłańców. Niektórzy próbowali wieźć na Syberię książki lub obrazy święte. W tym przypadku można mówić jedynie o przemycie tych przedmiotów, gdyż członkowie grup operacyjnych traktowali je jako elementy wrogiej socjalizmowi propagandy.

           Mienie pozostawione przez deportowanych, zgodnie z instrukcją Berii, miało być zinwentaryzowane, a następnie za pośrednictwem tzw. komitetów chłopskich przekazane najbiedniejszym mieszkańcom miejscowości, w której mieszkali wysiedleni. Władza w ten sposób tworzyła klimat społeczny sprzyjający kolejnym deportacjom.

*Paweł Stolyarov-Korol, Przez Sybir Do Polski. Ku pamięci Polaków poległych na Sybirze, Abakan 2007.

 

Autor: Eugeniusz Mironowicz

Do góry