Tiepłuszką w nieznane

Przesiedlenie w głąb Związku Sowieckiego setek tysięcy obywateli polskich z obszarów wschodnich II Rzeczypospolitej w latach 1940–1941 wymagało przeprowadzenia ogromnych operacji logistycznych. Pierwszy etap stanowiło dowiezienie deportowanych do stacji kolejowych. Koniecznością było wcześniejsze przygotowanie dla każdej wysiedlanej rodziny kilku sań lub furmanek – każda rodzina miała bowiem prawo zabrać ze sobą 500 kg żywności, ubrań i innych przedmiotów. Deportacja z domu do stacji kolejowej odbywała się pod nadzorem konwojentów, których obecność uwzględniano przy organizacji pierwszego etapu operacji transportowej. Czasem deportowanych przewożono do stacji kolejowych transportem samochodowym. Były to jednak najrzadsze przypadki, do których dochodziło w sytuacjach wymagających pokonania kilkudziesięciu kilometrów.

Kolejowe transporty deportacyjne z reguły składały się z wagonów towarowych, dostosowanych nieco do transportu ludzi, tzw. tiepłuszek. Ustawiano je na bocznicach dzień lub dwa przed planowaną operacją wysiedlenia. Deportowanych dowożono na stacje przez 2–3 dni, dlatego zanim transporty wyruszyły w drogę zesłańcy z miejscowości położonych najbliżej węzła kolejowego pierwsze noce i dnie spędzali w stojących wagonach pod nadzorem strażników.

Wewnątrz wagonów, przy ścianach, były umieszczone drewniane prycze. W wagonach wykorzystanych podczas pierwszej deportacji w lutym 1940 roku, na środku stawiano żelazny piec. W niektórych była wycięta dziura w podłodze, służąca jako ubikacja, w innych taką rolę spełniało wiadro.

W jednym wagonie starano się umieścić całą rodzinę, chociaż czasami rozdzielano takową, jeśli była zbyt liczna i nie wszystkim wystarczało prycz. Niekiedy do wagonu ładowano po kilka rodzin. Z licznych relacji deportowanych wynika, że zawsze część musiała spać na podłodze, jako posłanie wykorzystując własne tobołki. Ludzie zamknięci przez kilkanaście lub kilkadziesiąt dni w wagonie zapamiętali zaduch i ścisk jako największy koszmar w czasie transportu na Wschód. Ponieważ niemal w każdej rodzinie było dużo dzieci, ich płacz lub krzyk trwał nieprzerwanie w dzień i w nocy. Zimą, w niezbyt szczelnych wagonach, stojący na środku piecyk ogrzewał wnętrze na tyle, że można było przetrwać nie zdejmując kożucha przez cały czas podróży. Tysiące osób, głównie najstarszych i najmłodszych, zmarło jednak z powodu przeziębienia. Z kolei podczas trzeciej deportacji – w czerwcu 1940 roku – ludzie tracili zmysły w zamkniętych wagonach z pragnienia, powodowanego ciągłym niedostatkiem wody.

Zgodnie z instrukcją dotyczącą organizacji transportu deportowanym raz dziennie powinien być zapewniony ciepły posiłek. W rzeczywistości tylko część zespołów konwojujących spełniała ten wymóg, organizując na którejś stacji posiłek w postaci ciepłej kaszy lub zupy z kawałkiem chleba. Większość wywożonych rodzin na taką gościnność ze strony władz sowieckich mogła liczyć raz na kilka dni. Zupę podawano do wagonów w wiadrach, podobnie jak gorącą wodę do zaparzania herbaty. Dystrybucją zajmowali się sami deportowani, rozlewając ją do naczyń, które powinni zabrać z domów podczas wysiedlania. Gorzej miały te rodziny, które z jakiegoś powodu nie spakowały odpowiedniej ilości misek lub łyżek. Głód podczas transportów nie był wymieniany przez deportowanych jako najbardziej dokuczliwy problem, ponieważ większość z nich miała zapasy żywności, które enkawudziści podczas wysiedlania kazali zabrać w takiej ilości, aby starczyło na miesiąc czasu dla całej rodziny.

Z nieznanych powodów pociągi często zatrzymywały się na stacjach i stały tam przez kilka dni. Latem, przy temperaturach powietrza przekraczających nieraz 40 stopni Celsjusza, przebywanie w nagrzanych, zamkniętych i stojących na słońcu wagonach, w których były tylko dwa małe zakratowane okienka, stawało się bardziej niebezpieczne dla życia najsłabszych niż zimowe, siarczyste mrozy.

Po kilku tygodniach pociąg docierał zwykle do stacji przeznaczenia. Nie oznaczało to końca podróży dla deportowanych. Miejsce ich osiedlenia znajdowało się bowiem w oddaleniu kilkunastu, kilkudziesięciu, a w skrajnych przypadkach nawet kilkuset kilometrów od stacji kolejowej. Niekiedy kilka dni zesłańcy spędzali w pobliżu stacji końcowej, zanim zorganizowano transport do punktów ostatecznego przeznaczenia. W zależności od miejsca i czasu zesłania, deportowanych do miejsc osiedlenia wieziono saniami, wozami, barkami, łodziami lub ciężarówkami. Niektóre transporty docierały do miejscowości, w których nikt nie czekał na deportowanych, ani niczego im nie organizował. Miesiącami mieszkali zatem w wagonach, którymi jechali na Wschód. Gorszy był los tych, których wysadzono z wagonów, a dalej mieli sobie radzić sami w nieznanym kraju. Najczęściej spotykało to zesłanych do Kazachstanu, gdzie miejscowe władze z reguły nie były przygotowane do przyjmowania napływającej z zachodu fali ludzi z obcej im cywilizacji.

Autor: Eugeniusz Mironowicz

Do góry