Sprawy ojca Krzysztofa. Byliśmy w syberyjskim Białymstoku.

Sprawy ojca Krzysztofa. Byliśmy w syberyjskim Białymstoku.

Ojciec Krzysztof z grubsza przeciera z kurzu deskę rozdzielczą wielkiego pick-upa tak, jakby chciał w ten sposób usprawiedliwić się przed nami, że nie miał czasu go posprzątać. Ale ojciec Krzysztof najwyraźniej nigdy nie ma czasu na drobiazgi. Ma go natomiast mnóstwo dla każdego, kto jest w potrzebie.

Na podróż do syberyjskiego Białegostoku, gdzie ojciec Krzysztof odbudowuje spalony przed dwoma laty kościół, umawia nas Wasyl Chaniewicz, Polak, który już na początku lat dziewięćdziesiątych opisał tragiczną historię tej wsi, założonej na przełomie XIX i XX wieku przez emigrantów z okolic Grodna i doświadczonej sowieckimi represjami w latach trzydziestych. Wasyl jest przybity – w nocy zmarł jego 89-letni ojciec, Antoni Chaniewicz, najstarszy mieszkaniec Białegostoku. Przyjemnej, sentymentalnej podróży do rodzinnej wsi nie będzie. Trzeba przygotować pochówek: zajechać po drodze do Kriwoszejna, kupić w tamtejszym zakładzie pogrzebowym dwa wieńce, obstalować metalowy nagrobek z obramowaniem i przykręcanym katolickim krzyżykiem, umówić grabarzy. W Białymstoku, w rodzinnym domu, Wasyl musi znaleźć dokumenty ojca i jego zdjęcie, które znajdzie się na nagrobku. Czasu jest mało, pogrzeb już jutro.

Ojciec Krzysztof lubi biegać, choć pierwszy maraton przebiegł dopiero po pięćdziesiątce. Zatrzymuje się tylko wtedy, gdy rozmawia z drugim człowiekiem. Wówczas jest skupiony i zasłuchany. Kiedy kończy rozmowę z Wasylem, zapewnia krótko: Tatę pochowamy. I natychmiast biegnie dalej, by rozwiązać kolejny problem. Zanim na dobre ruszymy z Tomska, załatwia pieniądze na zakup krowy dla jednego z najbiedniejszych mieszkańców Białegostoku. Zwierzę poprawi los całej rodziny.

Do pokonania mamy ponad dwieście kilometrów. Pierwsza rzecz w trasie to modlitwa. Odmawiamy różaniec za zmarłego. Dopiero potem rozmawiamy. Również o Białymstoku, tym naszym, w którym ojciec Krzysztof się urodził. Jego okolica to Dojlidy Górne, parafia Niepokalanego Serca Maryi, gdzie w końcu lat osiemdziesiątych posługę pełnił śp. ks. Stanisław Suchowolec. Od czterech lat ojciec Krzysztof pracuje w Tomsku. Wcześniej, od 1997 roku pracował w Kazachstanie i Kirgistanie, więc wschodnie realia zdążył dobrze poznać.

Krajobraz w trasie nie zaskakuje. Jest prawie tak, jak u nas, w Polsce: brzozy, sosny, świerki. Tylko cedrów u nas nie ma, burunduków czyli syberyjskich, pasiastych wiewiórek, pięćdziesięciostopniowych mrozów, śniegu padającego tygodniami bez przerwy i opowieści o niedźwiedziach – „szatanach”, które wybudzone z zimowego snu, grasują rozwścieczone po wsiach. Dzieci z syberyjskiego Białegostoku modlą się, żeby nie przyszły do nich, choć wiedzą, że jedynym „ziemskim” sposobem na ratunek przed atakiem jest celny strzał ze sztucera.

W Kriwoszejnie sprawy załatwiamy szybko. „Zakład rytualnych usług” znajduje się między murowanym, monumentalnym budynkiem powiatowego „uprawlenija” (zarządu), a ozdobionym czerwoną gwiazdą pomnikiem ofiar wojny. Ojciec Krzysztof rozmawia z kilkuletnim malcem, synkiem właściciela zakładu, który wypytuje o moc silnika pick-upa i osiągi maszyny. Dla malca liczy się prędkość. 150 koni mechanicznych nie robi na nim wrażenia, podobnie jak przestroga przed wypadkami.

Wkrótce wjeżdżamy do Białegostoku. Wieś jest rozrzucona na kilku pagórkach, jakby przyczajona, niepozorna. Domki bardzo skromne, kolorowe: zielono-błękitne, albo niemalowane, poszarzałe od słońca. Po lewej na górce błyszczy na tle nieba bryła kościoła oświetlona pomarańczowym, popołudniowym światłem. „Atiec Krzysztof!, Atiec Krzysztof!” – wołają jedna przez drugą albo chórkiem trzy małe blondyneczki. Po polsku wprawdzie nie rozumieją, ale chwalą się: „My kriestianki!” „Ja katoliczka, a ana prawosławna” – mówi jedna, pokazując z dumą krzyżyk na szyi.

O dramacie, który przed dwoma laty dotknął wieś, świadczy dziś tylko osmalony, metalowy krzyż stojący pod przykościelną brzozą i zarys fundamentów starej świątyni. Nowa jest mniejsza, ale jest! Wieść o spaleniu białostockiego kościoła pw. św. Antoniego rozeszła się szerokim echem w Polsce. W pomoc w zbiórce pieniędzy na jego odbudowę zaangażowały się mocno władze miasta Białystok. Także Muzeum Pamięci Sybiru poczytało sobie za punkt honoru pomoc w tej sprawie. Dziś stoimy przed prawie gotową bryłą nowego kościoła z odrobiną satysfakcji, że powstała również dzięki Muzeum. Trzeba jeszcze dokończyć wieżę, wyposażyć wnętrze, zawiesić dzwon. Plan na konsekrację świątyni – 12 czerwca przyszłego roku, kiedy to przypada doroczne wspomnienie św. Antoniego Padewskiego. A pieniędzy udało się zebrać tyle, że wystarczy chyba jeszcze na budowę małego boiska sportowego!

Ale nie ma co tracić czasu. Ojciec Krzysztof zakłada stare dżinsy i bierze się do pracy. Również i my zakasujemy rękawy. Pomagamy rozładować ciężarówkę, która przyjechała z Tomska przed nami: metalowe rusztowania niebawem otoczą kościół, a używane biurka trafią do białostockich dzieci. W ten sposób dokładamy jeszcze jedną malutką „cegiełkę” do odbudowy kościoła. Po chwili kapłan zostawia nas i rusza do wsi, by odwiedzić potrzebujących.

Zapada zmrok, a nad Białymstokiem rozpętuje się syberyjska burza. Błyskawice co chwila rozświetlają nieboskłon. Drewniane domki jakby jeszcze bardziej kulą się ze strachu przed ogniem, a my razem z nimi. Po godzinie już tylko kałuże przypominają o ulewie. Odbijające się w nich gwiazdy pogodnego, nocnego nieba i ciepło wieczoru są takie same jak u nas, w Polsce. Ale przecież ten Białystok to też kawałek Polski…

Wracając zajeżdżamy do przydrożnej kaplicy, w której odpoczywamy chwilę. Ojciec Krzysztof zalewa wrzątkiem zupkę z torebki. Zanim zje, udziela wywiadu. W tym czasie zupa się dogotuje, bo – jak się okazuje – tak od razu zjeść jej się nie da. Po zupie szybka kawa i w drogę do Tomska. Przez Syberię, nocą, po burzy…

dr Tomasz Danilecki

o. Krzysztof Korolczuk, fot. Iwona Kolasińska/MPS

Do góry