Kościół pachnący tajgą

Kościół pachnący tajgą

Z o. Krzysztofem Korolczukiem, jezuitą, pracującym od czterech lat w Tomsku i obłasti tomskiej, Białostoczaninem z Dojlid Górnych, rozmawiamy w kaplicy katolickiej w miejscowości Kriwoszejno, w drodze z syberyjskiego Białegostoku, w którym o. Krzysztof odbudowuje spalony kościół.

T. Danilecki 19 kwietnia 2017 r. kościół w syberyjskim Białymstoku spłonął. Jak ojciec zapamiętał ten moment?

o. K. Korolczuk – To było trzy dni po Wielkanocy. O godzinie 6 rano obudził mnie telefon jednej z naszych parafianek. Powiedziała, że kościół się spalił. Akurat mieliśmy chrzcić jej najmłodsze dziecko – Violetkę, ale zachorowała. Przyjechaliśmy tam około południa z Panem Wasylem Chaniewiczem. Widok pogorzeliska, miejscami jeszcze dymiącego, był straszny. To zdarzenie bardzo poruszyło mieszkańców. Starsi ludzie wspominali dawny kościół. Mówili: To za nasze grzechy, za to, że kiedyś był klub w kościele. Ja byłem też dwukrotnie przesłuchiwany przez policję, wypytywany przez straż pożarną. Tego już nie cofniemy. Ale na popiele też może się coś rodzić.

- No właśnie! Dzisiaj widzieliśmy kościół, który przywraca nadzieję! Jak to się stało, że jego budowa jest aż tak zaawansowana?

- Kościółek jest mały, drewniany, bo to ważne, żeby pachniał tajgą. Pierwszy kościół zbudowany przez ludzi, którzy tu przybyli żeby stworzyć swoją nową ojczyznę, też był drewniany. Na początku nasze plany odbudowy były wielkie. Miał być kościół z cegły, murowany, większy. Ale finansowo nie dawaliśmy rady. Rok temu powstał drugi projekt, ale też nie było wówczas wystarczającej ilości pieniędzy na jego realizację. W końcu zdecydowaliśmy się na kościółek z drewna, żeby można było go szybko zbudować. Jeśli buduje się dom z surowego drewna, to on osiada. Dlatego ten budynek powstaje z klejonego „brusa” – z bali wykonanych z wysuszonych i sklejonych desek. Taki budynek nie ma „osadki”, nie osiada, można od razu wstawiać okna i od razu jest gotowy do użytku. Dom z normalnego, świeżego „brusa” buduje się dwa lata. Potem trzeba go oszalować, wykończyć wewnątrz. W przypadku domu z klejonego „brusa” nie trzeba nic specjalnego robić w środku, a na zewnątrz wystarczy tylko zakonserwować, pomalować.

- Czy byliście od początku pewni, że trzeba ten kościół odbudować, czy też może były jakieś wątpliwości?

- Rozmawialiśmy o tym z tomskim proboszczem ojcem Stefanem Lipke, z przełożonym wspólnoty jezuitów w Tomsku o. Wojciechem Ziółkiem, potem też z naszym biskupem i było oczywiste, że musi na tym miejscu coś powstać. Nie było nawet takiego przypuszczenia, że tam już nic nie będzie. Od razu w Polsce wspierała nas Pani Agnieszka Kaniewska, która kilka lat spędziła w Tomsku i bardzo często odwiedzała Białystok.

- U nas w Polsce, w samym Białymstoku o tej sprawie było bardzo głośno. Rozpisywały się o niej media. Ludzie zbierali pieniądze. Jakoś się udało kościół odbudować!

- Pieniądze przesyłano z Białegostoku, również z innych części Polski. Mieszkańcy Tomska, szczególnie ci, którzy mieli swoje korzenie w syberyjskim Białymstoku, przekazywali pieniądze. One płynęły praktycznie z całego świata. Jesteśmy bardzo wdzięczni wszystkim ofiarodawcom, także tym, którzy wspierali nas modlitewnie, i moralnie. Jeżeli zostaną pieniądze i miasto Białystok by pomogło, to można by zbudować ogrodzone boisko dla dzieci, taki „mini-orlik”, gdyż tu nie ma żadnego boiska. Rozmawiamy dziś w kaplicy w miejscowości Kriwoszejno, gdzie zbierają się miejscowi. Bardzo wielu z nich mieszkało kiedyś w Białymstoku. Dziś jest to zwykły budynek. Chcemy, żeby było widać, że to jest kaplica, jakoś ją także oznaczyć.

- Paradoksalnie więc ten spalony, mały kościół w maleńkim Białymstoku połączył ludzi z całego świata! To jest jak cud…

- Tak. Na pewno odbudowa kościoła w jakiś sposób ożywiła tę małą wspólnotę. To nas wszystkich zbliżyło do siebie. W czerwcu, na świętego Antoniego, było poświęcenie ziemi pod budowę kościoła. Na początku lipca zrobiliśmy fundamenty i od tej pory, z małymi przerwami, budowa trwa. Miejscowi nie mają pieniędzy, ale bardzo nam pomagają swoją pracą. Białystok był miejscem trochę zapomnianym przez ludzi wielkich, ale niezapomnianym przez Pana Boga. A teraz przyjeżdżają tu najróżniejsi. Byli na przykład wolontariusze – studenci z Gdańska, którzy pomagali organizować obóz dla dzieci w Białymstoku, później w sąsiedniej Malinowce. Wokół tej budowy organizuje się wspólnota wiernych. Niektórzy nawet czekają, żeby ochrzcić swoje dzieci czy wziąć ślub już w nowym kościele. Ten kościół to takie światełko, które pokazuje, że Białystok jeszcze nie umiera. To taki znak nadziei na przyszłość. Jest tu trudno z pracą, jedyna jest na fermie krów w sąsiedniej Pudowce. W piekarni pracują trzy czy cztery osoby. Przedszkole, klub i koniec. Młodzi ludzie wyjeżdżają, bo nie ma na miejscu pracy. Wszyscy mieszkańcy mają ogrody: sadzą warzywa, ziemniaki, ale nie mają pieniędzy.

- Trzeba więc im pomagać nie tylko duchowo, ale i materialnie?

- Mieszkańcy Białegostoku byli objęci akcją pomocową zorganizowaną przez Caritas z niemieckiego Osnabrück, polegającą na tym, że za przekazywane stamtąd pieniądze kupowane są krowy dla rodzin biednych, wielodzietnych, które ich nie mają. Dostają też na zimę siano. Warunek jest taki, że każde pierwsze cielątko, które się urodzi, zostanie przekazane kolejnym ludziom, którzy go potrzebują.

- Kiedy zakończy się budowa kościoła?

- W ciągu dwóch-trzech tygodni chcemy zrobić dach. Mam nadzieję, że do zimy będą drzwi i okna. Może uda się zrobić ogrzewanie podłogowe? Może Boże Narodzenie będzie już w nowym kościółku? Plany są takie, żeby w przyszłym roku, 12 czerwca, na świętego Antoniego, wyświęcić kościół.

- Tego życzymy.

- Bóg zapłać!

fot. dr Marcin Zwolski/MPS

 

 

Do góry